Pola Dwurnik jest ofiarą. Oprawcą „Gazeta Wyborcza”

Drukuj

Pola Dwurnik nie jest "kozłem ofiarnym", ale doskonałym produktem, który "Wyborcza" chciała sprzedać. Ma utalentowanego ojca. Świetne nazwisko. Ale nie umie pisać. Problem tkwi w tym, że w redakcji "Gazety Wyborczej" zabrakło osoby ze zdrowym rozsądkiem. Kogoś, kto uchroniłby malarkę, przed pisarską i społeczną kompromitacją. Ważniejszy był zysk. Pola Dwurnik stała się ofiarą marketingowej kalkulacji gazety, która reprezentuje coraz niższy poziom. Opublikowane felietony, a nie opisane w nich życie artystki, są tego dowodem.

Pola Dwurnik, "Przed orgią" (obraz dedykowany A.Zausze i P.Klossowskiemu)
Pola Dwurnik, „Przed orgią” (obraz dedykowany A.Zausze i P.Klossowskiemu)

Egzamin po drugim roku studiów w łódzkiej szkole filmowej. Żeby zaliczyć przedmiot musiałam przygotować cztery cykle fotografii. Jako pierwszy zaprezentowałam ten najlepszy. Kolejne były coraz gorsze. Ostatni – beznadziejny. – Profesorze, załamie się Pan – uprzedziłam. Nie załamał się. – Zanim wyjmie Pani prace z koperty, proszę opowiedzieć o nich tak, żeby miał mi ochotę postawić ocenę bardzo dobrą, lub celującą – zaproponował.

Nie dałam rady. W indeksie, zamaszystym gestem napisał: dostateczny.  Z egzaminu wyszłam z ulgą, ale i przekonaniem, że świat sztuki jest bezwzględny. Kierunek jego rozwoju dyktują strategie marketingowe. A ja nie mam szans. Nigdy się nie upierałam, żeby taką szansę dostać. Obserwowałam tych, którzy konsekwentnie walczyli o to, by ich talent został doceniony. Niektórzy zostali potraktowani sprawiedliwie. Inni nie. Ich miejsce zajęli ci, którzy system promocji opanowali do perfekcji.

Artysta im bogatszy, tym lepszy

W świecie sztuki to się widzi. Wyraźnie. Dla niektórych boleśnie. Za olbrzymie dysproporcje, odpowiadają nie gusta, ale ludzie, którzy gustami zarządzają. Wartość i talent artysty często jest przeceniony, albo niedostrzeżony.

– Artysta im bogatszy, tym lepszy – zadziornie stwierdził Edward Dwurnik w jednym z wywiadów, które kiedyś usłyszałam w radiu.  Malarz z właściwą dla siebie swadą uzasadniał prawdziwość tak kategorycznie postawionej tezy.
Jego słowa pobrzmiewają jak echo. W każdym kolejnym wywiadzie, prowadzący rozmowę wytykają  Dwurnikowi, że naraził się kolegom i środowisku artystycznemu. A on konsekwentnie opowiada o grubości swojego portfela i samochodach, którymi jeździ. Czasami – jak mówi – nie stać go na benzynę. Wtedy pieniądze pożycza od córki – Poli. Myślę, że drwi.

Jednak ta drwina jest odbiciem olbrzymiej frustracji wielu niedocenionych artystów. Tych, którzy od kilku lat protestują i domagają się uwagi. O taką uwagę,  mam wrażenie, dopomnia się Pola Dwurnik.

Nie-dopieszczona Pola

„Jestem niedopieszczona, niedoedukowana, niewypromowana i niespokojna i nie ma sensu udawać, że jest inaczej, wracać do domu, zamykać czerwonych butów w szafce i walić głową w komputer. Należy wreszcie ucieszyć się berlińską nocą i z pokorą przyjąć jej gorącą cielesność” – napisała w jednym z felietonów, które od listopada publikuje wrocławska  „Wyborcza”. Pola oprowadza czytelników po swoim Berlinie. Mieście, które zapewnia komfort niezobowiązującego życia.

Życia nieregulowanego godzinami pracy, menu serwowanym w knajpach (śniadanie można zamawiać do 18, a nie jak w Polsce do 12). Imprezy są gorące. Mężczyźni chętnie  zostają na noc i  śniadanie przy winie. Dają sobie przypisać rolę pseudo-kochanków (jak pisze o jednym ze swoich towarzyszy Pola). „W Berlinie długo się tańczy i długo się śpi, a po długiej nocy je się długie śniadanie” – puentuje swój pierwszy felieton Pola Dwurnik. W kolejnym zapowiada szaloną noc: „Ma być ostro; papierosy, wódka, pot, krew i szałowy taniec do rana w jednym z obskurnych klubików na ostatnim piętrze przy wiadukcie metra”.

„Beka z Poli Dwurnik”

Hejterzy w wyznaniach artystki dostrzegli jałowość prezentowanego przez nią świata. I  brak talentu pisarskiego. Obrońcy, czyli ”Gazeta Wyborcza”, zhejtowali hejterów. Wytykają zazdrość i androcentryzm. Bardzo długi wywód, opatrzony tytułem „Beka z Poli Dwurnik? Raczej zbiorowa przemoc” jest upstrzony przypisami i odwołaniami do filozofii. Autorzy przywołują Élisabeth Badinter, Gilles Deleuze’a. Bo według nich „najgorliwszymi hejterami Poli Dwurnik nie są ludzie z najniższych warstw społecznych”. Są nim między innymi Wojciech Engelking, niesłusznie „boksujący” autorkę, która „ma odwagę być inna”.

„Dwurnik padła ofiarą mizoginizmu i społecznych frustracji jak typowy kozioł ofiarny, z którego ofiara powinna przywrócić spokój i porządek w społeczeństwie.  Ale „beka” z Poli Dwurnik żadnego ładu nie przywróci” – zapewniają.

Doskonały produkt

Mam wrażenie, że pisząc o społecznym mizoginizmie, mylą się, a Pola Dwurnik nie jest „kozłem ofiarnym”, ale doskonałym produktem, który „Wyborcza” chciała sprzedać.
Ma utalentowanego ojca. Świetne nazwisko. Znajomości, które pomogły. Jej prace są pokazywane w wielu, bardzo dobrych galeriach. Tłumne, wypełnione po brzegi postaciami, obrazy są po prostu dobre. Jest w nich zaduch berlińskiej nocy i swoboda towarzyska, jaką Pola opisała w dwóch opublikowanych felietonach. Bardzo złych felietonach.

Źle namalowaną kreskę łatwiej jest obronić, niż źle dobrane słowo. Infantylizm w sztuce ma swoją wartość. W pisarstwie nie. Niedojrzałość i grafomania biją po oczach. „Toż to żenada, autorka się chwali, że po pijaku poszła się bzykać z kimś tam, a potem z tym kimś tam wpie…ła musli w knajpie i zapijała kolejnym winem. Ile ona ma lat 16? – pyta jeden z hejterów. Jeden z wielu.

„Beka z Poli Dwurnik” – tak nazywa się fan page na Facebooku, na którym prawie trzy tysiące osób zadbało o to, by „Wyborcza” Polę sprzedała. I sprzedała produkt, słabej jakości. Długi wywód obrońców, można by streścić do jednej wypowiedzi – wypuściliśmy słaby tekst osoby z dobrym nazwiskiem. To był nasz błąd. Nie jej. Zabrakło osoby ze zdrowym rozsądkiem. Ale nim wykazali się wszyscy ci, którzy krytykują po prosu słabą jakość i gazetę, która chwyta się dobrych nazwisk za wszelką cenę. Te cenę zapłaciła Pola. „Wyborcza” zrobiła z niej kozła ofiarnego. Hejterzy, próbują przywrócić ład. W świecie, w którym media reprezentują coraz niższy poziom.

Czytaj również