To nie jest kraj dla uchodźców

Drukuj

Zawiedliśmy. Przez ostatnie cztery lata, przez ostatnie miesiące, ba a nawet tygodnie, nie mówiliśmy o Syrii. Nie dostrzegaliśmy zagrożenia. Zastanawiam się: dlaczego dzisiaj się dziwimy? Dlaczego jest w nas tak mało zrozumienia dla tego, co jest wspólne nam wszystkim i najsilniejsze w każdym człowieku – instynktu przetrwania?

„Syria to nie jest miejsce dla nikogo”

W 2013 roku, włoska reporterka Francesca Borri napisała „Syria to nie jest miejsce dla nikogo”. Od wybuchu wojny minęły wówczas dwa lata, a my w Europie nie potrafiliśmy – i co gorsza, mam wrażenie, że nadal nie potrafimy – wyjaśnić na czym polega konflikt w tym kraju.

Świat instynktownie opisuje to, co dzieje się w Syrii, słowami „ten krwawy chaos”, ponieważ nikt nie rozumie niczego o Syrii – tylko krew, krew, krew – alarmowała dziennikarka.

Przez kolejne dwa lata, od czasu gdy przeczytałam ten artykuł, o Syrii znajdowałam zdawkowe, niemal lakoniczne informacje. Nie przypominam sobie, żebym ja sama pisała o nasilającym się konflikcie, o ludziach ginących w Aleppo, chociaż pracowałam w największym polskim portalu informacyjnym. Wszyscy żyliśmy konfliktem za naszą wschodnią granicą. Syria wydawała się tak odległa, że aż nierealna. Ginący ludzie tak anonimowi, że aż nieprawdziwi.

I chociaż organizacje pozarządowe alarmowały, że liczba uchodźców ginących na morzu wzrasta codziennie (!), to nadal nie był to nasz problem. Tylko Greków, czy Włochów. Cały czas daleko od polskich granic.

Przyzwyczailiśmy się do krwawych obrazków, oglądanych z bezpiecznej odległości. W ciepłych kapciach, kilka metrów od telewizora. Oswoiliśmy się z myślą, że gdzieś tam daleko trwają wojny. Umierają ludzie. Wypracowaliśmy w sobie przekonanie, że nic nam do tego. Że zapłaczemy dopiero – jak w przypadku Rwandy – gdy masakra już się dokona. Odrzucamy od siebie myśl, że w tym tłumie zdesperowanych uchodźców uciekających przed śmiercią, są ludzie. Tacy jak my.

Tego obrazu nie da się wyłączyć, jak w telewizorze

Piszę w liczbie mnogiej, ale o sobie. Gdy w połowie sierpnia wyruszyłam w podróż po Bałkanach, nie zdawałam sobie sprawy, że wrócę do Polski (w pewnym sensie) przez Syrię.

Przez Grecję dotarłam do Macedonii. Na ekranie mojego telefonu wyświetliła się informacja o czterech nieodebranych połączeniach od mamy. Uzupełniała je wiadomość o treści: „W mediach podają, że coraz więcej uchodźców próbuje przedostać się do Europy przez Macedonię. Martwię się o Ciebie. Odezwij się”. Zaniepokojona była też moja siostra. „Czy możesz się wreszcie odezwać!?”. Byłam podirytowana ich nadopiekuńczością. Uzasadnioną na przykład rok temu, gdy wylądowałam w Izraelu i Jerozolimie dokładnie w dniu, kiedy wybuchły zamieszki. Ale teraz? Odpowiedziałam zdawkowo: wszystko ok.

I wszystko było ok do czasu gdy nie dotarłam do Belgradu. Setki namiotów, setki osób koczujących w samym centrum stolicy Serbii wywołały we mnie niepokój i strach. Poczułam się zagrożona i osaczona. Bezradna. Lemoniada zamówiona w knajpce niedaleko od obozowiska nie smakowała. Czułam dyskomfort. Tego obrazu nie dało się wyłączyć jednym przyciskiem pilota od telewizora. Ten obraz we mnie tkwił i nie pozwalał pozostać obojętną.

Dopiero w Suboticy, 80 km od granicy z Węgrami, zaczęłam szukać tych ludzi, których minęłam na dworcu w Belgradzie. Dopiero tam, dotarł do mnie przekaz, jaki od tygodnia, dwóch (nie wiem dokładnie) przekazywały media. Dopiero tam, na dworcu, gdy czekałam na pociąg do Budapesztu (spóźniony trzy godziny) zobaczyłam obraz, który mną wstrząsnął.

Przypadkowo poznany fotoreporter – Warren Richardson – pokazał mi zdjęcia zrobione  minionej nocy. W świetle księżyca rysował się drut kolczasty. Po jego obu stronach stali ludzie. Przez szparę między kolcami podawali sobie niemowlę.

Granicę między Serbią a Węgrami przekroczyłam w pociągu. Wielokrotnie kontrolowanym przez służby serbskie i węgierskie. Do Budapesztu dotarłam z cztero-godzinnym opóźnieniem.

Ich domu już nie ma. Zostały ślady. Na ciele

„How to go to Germany?” – to pytanie słyszałam wielokrotnie przez kolejnych kilka dni. Te kilka dni spędziłam na dworcu Keleti.

Spacer podziemnymi korytarzami dworca grozi tym, że ktoś zajrzy w twoje oczy. Jeśli w tym krótkim momencie, kiedy spotykają się spojrzenia, nie zrobisz kroku na przód, to wpadasz w czyjąś historię, czyjś dramat. Od niego trudno się uwolnić. Trzeba usiąść na ziemi, na chłodnej marmurowej podłodze i wysłuchać.

Marwa ma 23 lata. Jest studentką filozofii. Mustafa – jej tata – to nauczyciel angielskiego. Wujek Mohammed to prawnik. Jest z nimi 17-letni Essam. Jego rodzice zostali w Turcji. Zabrakło im pieniędzy na dalszą podróż.

Ich domu w Aleppo już nie ma. Został zbombardowany. Na ciele zostały ślady – odpryski bomby, która ostatecznie zniszczyła ich poczucie bezpieczeństwa i wygnała z Syrii. 8-letnia Naya podnosi bluzkę i pokazuje blizny. Kątem oka dostrzegłam jak żona Mustafy zakrywa twarz, a po policzkach spływają jej łzy. – Nie pytaj o Aleppo – łagodnie, do ucha wyszeptał mi nauczyciel angielskiego.

To było w poniedziałek wieczorem. Nazajutrz o godzinie 9.25 miał wyruszyć pociąg do Berlina. Kupili (!) bilety. Nie za symbolicznego centa, ale za kilkadziesiąt euro. Umówiliśmy się, że wrócę do nich rano. Odprowadzę na peron.

We wtorek, o godzinie 9.20 tłum uchodźców czekający na pociąg, który nie nadjechał, został podzielony przez policję. Uzbrojeni mężczyźni krzyczeli: „Go out!”. Nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie Mustafy: „Co się dzieje?”. Nie potrafiłam im wytłumaczyć, dlaczego ich oszukano. Dlaczego sprzedano bilety, które jak się okazało nic nie są warte. Nie mogłam pomóc. Wróciłam do Polski. Oni zostali tam. Na dworcu Keleti.

Zawiedliśmy…

Wojna w Syrii to brudna wojna, wojna jak z ubiegłego wieku, toczona w okopach przez rebeliantów i lojalistów, którzy znajdują się tak blisko, że mogą na siebie wrzeszczeć, gdy wymieniają strzały. To moja pierwsza linia frontu, gdzie, nie uwierzycie, używają bagnetów – bagnetów, które widzieliście wyłącznie w książkach historycznych. Dzisiejsze wojny to wojny dronów, ale tu, w Syrii, walczy się o każdy metr, o każdą ulicę, i jest to kurewsko przerażające.

Wracam do artykułu Francesci Borri, bo jest we mnie poczucie, że… zawiedliśmy. Przez ostatnie cztery lata, przez ostatnie miesiące, ba a nawet tygodnie, nie mówiliśmy o Syrii. Nie dostrzegaliśmy zagrożenia. Zastanawiam się: dlaczego dzisiaj się dziwimy? Dlaczego jest w nas tak mało zrozumienia dla tego, co jest wspólne nam wszystkim i najsilniejsze w każdym człowieku – instynktu przetrwania?

Przez ostatni miesiąc bardzo starannie zadbałam o to, aby moje wakacje były również wakacjami od mediów. To, co zobaczyłam, to nie jest obrazek spreparowany przez media. To realne cierpienie i wiara w to, że Europa może być schronieniem. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego schronienia szukają różni ludzie. Tacy jak Mustafa, Marwa, Essam, Mohammed, Naya, ale i tacy, którzy mogą okazać się realnym zagrożeniem. Zagrożeniem, na który Polska jest nieprzygotowana. Dlatego teraz staram się nie włączać w dyskusję o tym, czy uchodźcy powinni trafić do Polski, czy nie.

Obawiam się, że w kraju, w którym ja sama boję się powiedzieć, że zamiast do kościoła chodzę do synagogi, nie ma miejsca dla muzułmanów. Bardzo bym chciała, żeby rodzina taka jak ta, którą poznałam na dworcu w Keleti, zamieszkała obok mnie. Bo Syria – z pewnością – „to nie jest miejsce dla nikogo”. Ale Polska – takie mam wrażenie – to nie jest kraj dla tych ludzi. Piszę to z nadzieją, że jestem w błędzie. Bo tym ludziom trzeba pomóc.

Czytaj również